Informacje z Brukseli, że Komisja Europejska zażądała ograniczenia mocy produkcyjnych polskich stoczni - jako
warunku zaakceptowania udzielonej im państwowej pomocy, w wysokości 2,2 mld zł - wywołały wiele hałasu. Uznanie tej pomocy za bezzasadną, oznaczałoby zwrot pieniędzy, których stocznie już nie mają. W
rezultacie, doprowadziłoby to do ich upadłości i masowych zwolnień kilkudziesięciu tysięcy ludzi ze stoczni i firm kooperujących z nimi. Skutki tego stanowiłyby ogromny wstrząs dla całej polskiej
gospodarki. Bruksela zdaje sobie jednak z tego sprawę - i chciałaby takich konsekwencji uniknąć.
Wiele nieporozumień bierze się z fatalnego przepływu informacji między KE a Warszawą oraz z nieudolnej
polityki informacyjnej resortów kierujących polską gospodarką. W rezultacie, dziennikarze, własnymi kanałami, muszą dochodzić do źródeł informacji, co często prowadzi do tworzenia sensacji. Gazety
publikują niekiedy treści zawarte w korespondencji kierowanej przez urzędników KE do szefów polskich resortów, zanim oni sami poinformują o tym opinię publiczną.
W przypadku ograniczeń możliwości
produkcyjnych polskich stoczni, sensacja zastąpiła rzetelną informację o prawdziwych powodach żądań Brukseli. Otóż, unijne ustawodawstwo wyraźnie mówi, że po każdorazowym udzieleniu pomocy publicznej
następuje tzw. kompensata, czyli redukcja potencjału, co dotyczy nie tylko branży okrętowej. Nie powinno więc to stanowić zaskoczenia. Powstały spekulacje, że KE chce ograniczyć potencjał polskich stoczni
nawet o 40% - tak, jak zrobiono w przypadku stoczni byłej NRD. Wyjaśnienia ministra gospodarki, Piotra Woźniaka, wskazywały, że i rząd nie ma pojęcia, jakich posunięć można się spodziewać po Brukseli.
Z gmatwaniny sprzecznych informacji można jednak ułożyć pewien, najbardziej prawdopodobny szkic: otóż, na pewno wiadomo, że unijna komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes dała rządowi czas do końca lutego
na zaproponowanie programu ograniczenia mocy produkcyjnych stoczni w Gdyni, Gdańsku i Szczecinie. Minister gospodarki wskazywał, że można by je zredukować do 750 tys. CGT, choć wiadomo było, że 3
największe stocznie od dawna nie osiągały takiego poziomu produkcji (w 2006 r. zbudowały statki o łącznej wielkości 482 tys. CGT). Wynika z tego, że planowana redukcja nie sprawi im większych problemów, a
jej wielkość zależeć będzie od indywidualnych rozmów i rozstrzygnięć, dla każdej stoczni osobno.
Kazmierz Smoliński, prezes Stoczni Gdynia, wskazuje, że redukcja mocy produkcyjnych zostanie wprowadzona
dopiero od 2010 r., kiedy to - po pełnej realizacji programu restrukturyzacji - stocznia osiągnie rentowność. Taki jest właśnie sens zmian proponowanych przez Komisję, której intencją wcale nie jest
doprowadzenie stoczni do ruiny. Stocznia Gdynia uzyskałaby rentowność przy wyprodukowaniu 10-12 statków - i taki poziom produkcji byłby dla niej wystarczający przez okres 10 lat, przez który obowiązywałby
zakaz zwiększania mocy. Prezes podkreśla, że stocznia od dawna jest przygotowana do ograniczenia swoich mocy. Zaproponowano wyłączenie z produkcji okrętowej małego suchego doku, co nie oznacza, że miejsce
to, odpowiednio wyposażone i uzbrojone, byłoby niewykorzystane.
- W naszym przypadku wyłączenie doku będzie się wiązało z zaspawaniem bramy, która umożliwia wyprowadzanie jednostek do basenu
stoczniowego, więc jedyne czego nie będziemy tam mogli robić, to wodować statków. Natomiast możemy ten dok wykorzystywać do produkcji wszelkiego rodzaju konstrukcji stalowych, niezwiązanych z przemysłem
okrętowym oraz np. konstrukcji betonowych, podobnie jak w stoczniach innych krajów, w których wprowadzono takie ograniczenia - powiedział K. Smoliński.
Przewaga Stoczni Gdynia, w stosunku do innych,
polega na tym, że w doku możliwa jest produkcja różnego rodzaju konstrukcji, np. elementów mostów czy wiatraków, których w najbliższych latach ma powstać kilka tysięcy. Zamkniętej pochylni nie można
wykorzystać do innych celów, ponieważ jest to obiekt służący tylko i wyłącznie do budowy i wodowania statków. Dzięki działającej w doku suwnicy, o udźwigu 500 t, elementy te można przeładowywać na barki i
wywozić.
- Ograniczenie mocy w produkcji okrętowej może spowodować pozytywne skutki. Dzięki temu, powstanie jakby "druga noga" stoczni, pozwalająca na wytwarzanie innego rodzaju konstrukcji -
dodaje prezes.
W połowie lutego Janusz Wikowski, rzecznik stoczni, poinformował, że z Brukseli doniesiono nieoficjalnie, iż KE przychyliła się do propozycji redukcji mocy produkcyjnych Stoczni Gdynia,
właśnie poprzez wyłącznie małego suchego doku.
Prezes Smoliński podkreśla, że KE wcale nie ogranicza pomocy, która zmierza do osiągnięcia rentowności, a może się wiązać z pewnym dokapitalizowaniem i
zwiększeniem inwestycji. Plan restrukturyzacji zakłada, że gdyńskie inwestycje, modernizujące ciągi produkcyjne i zwiększające wydajność pracy, powinny sięgać 300 mln zł. Zdaniem KE, to za mało i nakłady
inwestycyjne powinny być zwiększone. Jak dalece jednak - będzie to zależało od potencjalnego inwestora, który, przychodząc do stoczni, będzie miał swoje oczekiwania i swoją wizję zmian.
- Inne
oczekiwania inwestora Komisja jest gotowa zaakceptować, wraz z dodatkową pomocą publiczną, bo bez inwestora restrukturyzacja stoczni jest niemożliwa - podkreśla K. Smoliński. Takie podejście Komisji nie
powinno martwić gdyńskich stoczniowców, ponieważ jest wystarczająco dużo czasu na wprowadzenie zmian i osiągnięcie trwałej rentowności.
Natomiast ograniczenie możliwości produkcyjnych stoczni już
dziś, przy obecnym ich stanie technicznym i technologicznym, byłoby na pewno niebezpieczne. Po modernizacji - twierdzą eksperci - do budowy tej samej liczby statków wystarczy jeden duży suchy dok. Nie
spowoduje to zagrożenia produkcji, ani zwolnień zatrudnionych tam ludzi.
- Jeżeli zabrakłoby potencjału wykonawczego, stocznia z powodzeniem może zlecić wykonanie pewnych elementów czy sekcji na
zewnątrz - także w innych krajach, co jest powszechnie praktykowane, na zasadzie just in time - wskazuje prof. Krzysztof Rosochowicz z Wydziału Oceanografii i Okrętownictwa Politechniki Gdańskiej.
Pewien niepokój wywołały wiadomości o rzekomym wycofaniu się z rozmów, dotyczących zakupu Stoczni Gdynia, ukraińskiego Donbasu i przeniesieniu jego zainteresowania na Stocznię Gdańsk. J. Wikowski
poinformował, że do 14 lutego br. do zarządu Stoczni Gdynia nie wpłynęło żadne pismo, które miałoby świadczyć o wycofaniu przez ISD Donbas oferty udziału w jej prywatyzacji. Taką wyłączność Ukraińcy mają
jeszcze do końca lutego. Jeżeli w tym czasie nie potwierdzą swej gotowości, stocznia zacznie realizować inne scenariusze. Dopiero po tym terminie możliwe będą negocjacje z innymi potencjalnymi
inwestorami.